Temat błąkających się psów w Kolbuszowej nie jest nowy. Był już poruszany w lokalnych mediach – między innymi w artykułach opisujących codzienność psów biegających luzem i ich agresywne zachowania wobec przechodniów. Minęły lata, zmieniły się władze, zmieniły się przepisy, a psy – jak biegały po ulicach, tak biegają dalej. Zmieniło się jedno: frustracja.
Media społecznościowe nie pozwalają już udawać, że problemu nie ma. Co kilka dni ktoś publikuje zdjęcie, ostrzeżenie albo ogłoszenie o kolejnym psie błąkającym się po Kolbuszowej i okolicy.
Sylwester jak co roku
Po tegorocznym Sylwestrze lokalne grupy na Facebooku zalała fala postów. Jedni szukają zaginionych psów, inni ostrzegają przed stadami biegającymi środkiem ulicy, jeszcze inni pytają wprost: czy naprawdę musi dojść do tragedii, żeby ktoś w końcu potraktował sprawę poważnie?
– Wiem, że takich postów było już tysiące, ale jak widać, nic ludzi to nie nauczyło – pisze jeden z mieszkańców. – Czy te gromady psów muszą ganiać środkiem ulicy i stwarzać zagrożenie?
Ktoś inny dodaje z goryczą, że po Sylwestrze zawsze jest wysyp postów o zaginionych psach i wielkie poruszenie, chociaż często wystarczyło po prostu zamknąć zwierzę w domu, garażu albo pomieszczeniu gospodarczym.
Pojawiają się też ogłoszenia o znalezionych psach – jak ten zabezpieczony w lesie w okolicy Świerczówki, przestraszony hukiem fajerwerków.
I tu wraca pytanie, które zadajemy sobie co roku: czy to naprawdę wina fajerwerków, pogody albo losu, czy jednak ludzkiej nieodpowiedzialności?
Skoro w innych miastach funkcjonują schroniska i przytuliska, psy są zabezpieczone i nie biegają stadami po ulicach, to znaczy, że się da.
„Psy muszą się wybiegać”
Problem Kolbuszowej nie kończy się na Sylwestrze. Jak piszą mieszkańcy, psy biegają po ulicach przez cały rok. Nadal żywa jest zasada, którą wielu pamięta z dzieciństwa: lepiej spuścić psa, żeby sobie pobiegał, niż żeby zamarzł przy budzie.
Tylko że Kolbuszowa nie jest wsią w latach 80. bez ruchu samochodowego. Pies puszczony luzem to stres dla innych zwierząt, zagrożenie dla spacerowiczów i realne ryzyko wypadku.
Coraz więcej osób pisze wprost: pies nie „ucieka” sam z siebie. Jeśli ktoś nie ma ogrodzonej posesji, powinien zabezpieczyć zwierzę w inny sposób. I nie – to nie hejt na psy. To odpowiedzialność.
„Przecież wróci”
Komentarze mieszkańców pokazują, jak ten problem wygląda w praktyce. Jeden z nich opisuje sytuację, w której pies sąsiadki regularnie przychodzi pod jego ogrodzenie i kopie prawdziwe rowy. Przez te dziury pies wchodzi na posesję, a w tym samym czasie trzy psy gospodarza wychodzą na ulicę.
Sąsiadka nie reaguje. Policja również. Odpowiedź jest prosta: „pan ma pilnować”. Kulminacja? Obcy pies siedział u niego trzy dni, zanim właścicielka łaskawie go odebrała – i to dopiero po interwencji. Sama z siebie nawet nie wyszła z domu.
I tu wraca ta słynna filozofia: psu otwiera się drzwi i tyle, przecież wróci. Owszem, często wraca. Tylko wcześniej narobi szkód, wpakuję kogoś w kłopoty albo stworzy zagrożenie na drodze. A gdy dojdzie do nieszczęścia, winni są wszyscy dookoła.
To nie są miejskie legendy
Niektórzy bagatelizują temat, twierdząc, że „nic się jeszcze nie stało”. Problem w tym, że w Polsce już się działo. Media opisywały tragedie, w których psy śmiertelnie pogryzły ludzi.
Głośna była też sprawa z Warszawy, gdzie dwa psy zagryzły stado kaczek na Polu Mokotowskim.
W Kolbuszowej również są świadkowie sytuacji, gdy psy atakowały kaczki w Nilu czy dzikie zwierzęta. To nie są plotki ani przesada – to fakty.
Wystarczy chwila, by pies ganiający po ulicy wpadł pod koła samochodu. Wtedy narracja zmienia się błyskawicznie: biedny piesek, zły kierowca, a odpowiedzialność właściciela znika.
Gdzie ten park dla psów?
Kilka lat temu radni zdecydowali o lokalizacji parku dla psów w Kolbuszowej. Miał być wybieg – miejsce bezpieczne, gdzie psy mogłyby się wybiegać, a właściciele spotkać i porozmawiać. Dziś wielu mieszkańców pyta: gdzie on jest? Temat zniknął, park nie powstał, a problem pozostał.
Oczywiście taki park nie rozwiąże wszystkiego. Mentalności nie zmieni. Ale daje alternatywę tym, którzy chcą postępować odpowiedzialnie. Resztę powinny weryfikować przepisy i ich egzekwowanie – a tego dziś po prostu brakuje.
Mielec pokazuje, że się da
W sąsiednim Mielcu mieszkańcy również borykają się z problemem błąkających się psów, ale podeszli do niego inaczej. Ludzie regularnie zgłaszają swoje obawy, a władze reagują – zamiast ignorować sprawę, jak to często bywa u nas.
Dzieci mogą wracać ze szkoły bez strachu, że po drodze spotkają stado psów. To pokazuje, że gdy społeczność się angażuje, a miasto nie odwraca głowy, problem przestaje być codzienną udręką.
Kto ma nas wyręczać?
Najbardziej absurdalne jest to, że odpowiedzialność próbuje się przerzucić na policję, straż miejską i urzędników. Czy naprawdę chcemy, żeby służby publiczne łapały psy, bo właścicielowi nie chciało się zamknąć furtki albo zabezpieczyć zwierzęcia? Czy na tym ma polegać funkcjonowanie miasta?
Czarnego humoru w internecie nie brakuje – krąży nawet żart, że może należałoby sprowadzić do Kolbuszowej Chińczyków, bo podobno w niektórych rejonach świata ich pojawienie się skutecznie zmniejsza liczbę błąkających się psów.
To oczywiście absurd, ale dobrze pokazuje skalę frustracji mieszkańców.
Na koniec – już bez żartów
To nie jest felieton przeciwko psom. To tekst o ludziach. O tym, że pies to nie zabawka, tylko żywe zwierzę, za które ktoś ponosi odpowiedzialność.
Dopóki w Kolbuszowej będzie przyzwolenie na zasadę „jakoś to będzie”, dopóty temat błąkających się psów będzie wracał jak bumerang.
A któregoś dnia może wrócić już nie w formie felietonu czy posta na Facebooku, lecz w rubryce czarnej kroniki. I wtedy naprawdę będzie za późno na komentarze w stylu: „zawsze tak było”.
![Psy błąkają się, ludzie się denerwują – problem, którego Kolbuszowa nie chce zamknąć Nowy rok, nowa mapa. Powiat kolbuszowski jednak bez zmian [SZKLANYM OKIEM] - zdjęcie główne.](https://kolbuszowalokalnie.pl/wp-content/uploads/2025/12/Szklanym-Okiem-768x432.jpg)




